Przewiń lub użyj strzałek aby przeglądać portfolio

Paleta cieni UD Gwen Stefani – must have?

UD Gwen Stefani 1Pewnie nie tylko ja tak miałam gdy dowiedziałam się o współpracy ikony stylu z marką Urban Decay. Byłam bardzo ciekawa kolekcji, jaką zaprezentuje producent w kolaboracji z Gwen Stefani. Niegdyś liderka zespołu No Doubt, z powodzeniem kontynuowała solową karierę. Jeszcze w tym roku Gwen powróciła z nowym singlem i pięknym teledyskiem.

Gwiazda kojarzona jest z dopracowanym stylem inspirowanym pin up girl, platynowym blondem, czerwoną pomadką na ustach i wachlarzem sztucznych rzęs. Nic dziwnego, że twórcy marki Urban Decay postanowili podjąć współpracę właśnie z nią. W efekcie pojawiła się bogata kolekcja składająca się z palety cieni, pomadek, palety róży do policzków, cieni do brwi i konturówek do ust. Całkiem sporo.

Wizualnie kolekcja prezentuje się bez zarzutu – mamy tutaj bardzo stylowe opakowania nawiązujące do stylu Gwen Stefani. Jest więc złoto, biel i czerń. Deseń w paski i grochy. Elementy znane zwłaszcza z jej solowych wideoklipów. Nazwy poszczególnych kosmetyków czy też odcieni nawiązują także do tytułów utworów i albumów czy też hobby wokalistki (chociażby „Harajuku” to dzielnica modowa w Tokio i styl, którym inspiruje się wokalistka). Trzeba przyznać, że w tym aspekcie zadbano o każdy detal. Nad kolorystyką, nazewnictwem i projektem czuwała sama Gwen Stefani.

Skusiłam się na paletę cieni. Dlaczego? Dlatego, że palet w kolorystyce nude nigdy za wiele, dlatego że uwiodła mnie jej oprawa graficzna, a także dlatego, że przeczytałam i obejrzałam bardzo dużo dobrych recenzji o niej. Paleta jest bardzo dobra, ale nie pozbawiona wad i o nich również zamierzam napisać.

Może zacznijmy od początku. Paleta cieni UD Gwen Stefani zapakowana jest w stylowe białe pudełko zdobione złotym wzorem. Po otwarciu ukazuje się nam czerwień w białe grochy. Wszystko to, jak widać jest bardzo przemyślane i dopracowane. Faktycznie, gdy w nasze ręce trafia w końcu paleta, czuć że mamy do czynienia z produktem niemalże luksusowym. Sama kasetka jest dość ciężka, bardzo solidnie wykonana. Zawiera w sobie duże lusterko z napisem „Magic’s in the makeup” oraz 15 cieni. Tak, 15 cieni o różnym wykończeniu. To naprawdę sporo.

Zdjęcia, jakie zamieszczam zrobione są zaraz po pierwszym otwarciu tak, by cienie dobrze się prezentowały (choć nie mogłam się oprzeć i niektóre kolory dotknęłam by poznać pigmentację). Muszę przyznać, że używam tej palety już jakiś czas i wyrobiłam sobie o niej opinię. Mamy tutaj typową paletę delikatnych, naturalnych odcieni, ale też tych zaskakujących, metalicznych stworzonych do mocniejszego makijażu. Na pewno wyróżnia się tutaj piękny kolor indygo o nazwie „Danger” oraz ciepły oberżynowy brąz „Punk”. Co do wykończenia cieni – są tutaj te zarówno matowe, satynowe, metaliczne jak i błyszczące niemal brokatowe. Można więc je mieszać do woli i bawić się makijażem.

Pigmentacja jest dobra i trzeba przyznać, że jakość cieni również (zwłaszcza brązy i czerń). Sprawdzają się na wszelkiego rodzaju wyjścia, bo zaaplikowane na bazę pod cienie utrzymują się do rana. Mam jedynie problem z cieniem o nazwie „Pop”. Osypuje się niemiłosiernie i tworzy efekt, który nie do końca mi odpowiada. Wydaje mi się, że trzeba go sprawdzić z duraline z Inglota  i potraktować jak pigment wykańczający makijaż oka. Natomiast odcień „Blonde” jest dosyć dziwny. Po aplikacji opalizuje na różowo, ale nie do końca pasuje mi ten cukierkowy kolor i błysk. Wydaje mi się także, że cień „1987” ma nietrafiony odcień. Nie jest to ani złoto, ani miedź – wpada lekko w żółtawe tony. Bardzo rzadko go używam, ale może się jeszcze przekonam i dam mu szansę.

Co jest zdecydowanym plusem wśród odcieni? Cudowny „Danger”. Głębia indygo. Wygląda na oku niesamowicie, podoba mi się jego metaliczne wykończenie. Poza tym brązy „Anaheim”, „Zone” i wspominany wcześniej „Punk”. Ten ostatni jest przeze mnie używany najczęściej. Czerń „Blackout” jest najlepszą czernią jaką posiadam w paletach. Nawet Tarte wypada przy niej blado. To porządny, świetnie napigmentowany matowy cień, którym można z powodzeniem wykonać także przydymioną kreskę na powiece. Na uwagę zasługują również cienie „Bathwater”, „Steady” i „Baby” – idealne na lato opalizujące cienie w kolorze brązu i pudrowego różu.

Paleta Gwen Stefani Urban Decay stała się hitem zwłaszcza wśród fanek wokalistki, które zdaje się wyczekiwały tego typu gratki związanej z ich idolką. Faktem jest, że ta paleta cieni nie jest już dostępna w polskiej Sephorze online ani na stronie Urban Decay. Okazyjnie można ją nabyć na serwisach aukcyjnych od dziewczyn, które kupiły ją w okresie zimowym kiedy paleta rozchodziła się jak ciepłe bułeczki. Paleta nie jest idealna, ale na pewno nie żałuję też jej zakupu. Cena jest wysoka bo wynosi coś około 300 zł. Znajduje się w niej 15 cieni dobrej jakości i to naprawdę jest dużo. Przy zakupie tego kosmetyku dostajemy też bardzo miły gratis – mianowicie 4 próbki pomadek od Gwen w odcieniach „Rocksteady”, „714”, Ex Girlfiend” (znowu nawiązanie do tytułów piosenek) oraz „Firebird”. Wykończenie pomadek jest kremowe, matowe i błyszczące. „Firebird” ma po prostu przepiękny kolor – to głęboka fuksja. Nie mogło też zabraknąć czerwieni, która tak bardzo kojarzona jest z samą wokalistką.

Być może te 3 odcienie, które wymieniłam tylko dla mnie są nietrafione. Paletę na pewno warto rozpracować i próbować uzyskać różnorodny efekt. Czuję, że nie wykorzystałam jeszcze całego jej potencjału. Mam poczucie, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto. Na korzyść palety przemawia na pewno jakość, ilość cieni, solidne wykonanie oraz oprawa wizualna. Jeśli natomiast nie lubicie tego typu kolorystyki, wykończenia i podobnie jak ja uważacie niektóre odcienie za nietrafione – być może cena skutecznie Was zniechęci do zakupu. W mojej opinii nie jest to must have, ale jeśli lubicie od czasu do czasu kupić coś ładnego do makijażu i lubicie nowości oraz palety nude, a może i przy okazji jesteście wielkimi fankami Gwen Stefani to ta paleta jest dla Was.

W skład palety wchodzą cienie:

  • Blonde (jasny błyszczący beż opalizujący na różowo)
  • Skimp (cielisty satynowy róż)
  • Bathwater (jasny beż z perłowo-złotym połyskiem)
  • Steady (średni róż z metalicznym połyskiem)
  • Punk (matowy oberżynowy brąz)
  • Baby (chłodny metaliczny róż)
  • Anaheim (matowy jasny brąz)
  • Stark (matowy cielisty róż)
  • Zone (matowy średni brąz)
  • Serious (przydymione szarości)
  • Pop (jasny opalizujący róż),
  • Harajuku (niebiesko-różowy z drobinkami brokatu)
  • Danger (głęboki błękit)
  • 1987 (jasne żółte złoto)
  • Blackout (głęboka matowa czerń)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Skontaktuj się ze mną

*

*


Informacje

Aleksandra Starachowska - makijaż Szczecin. Makijaż okolicznościowy, fotograficzny, ślubny, biznesowy, indywidualne lekcje wizażu.

Telefon: + 48 796 544 627
Email: aleksandra.starachowska@gmail.com
Facebook: www.fb.com/olamaluje

Wyślij wiadomość